Ważne: na naszych stronach stosujemy pliki cookie
Korzystanie z tej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu końcowym na co wyrażasz zgodę. Możesz w każdym czasie dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies w Swoim urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej Polityce cookies.

INFINITI Q45 – moja miłość

5 lutego, 2018r.

Infiniti Q45

Ładnych parę lat temu posiadaniem perełki - INFINITI Q45 - pochwalił nam się redaktor Roman Dębecki, dziennikarz tygodnika Auto Świat od 1995 r. Rok wcześniej trafił do Polski bohater tego wpisu. A trafił, ponieważ oddział nad Wisłą uruchamiała ważna amerykańska firma, która chciała, by prezes poruszał się wyjątkowym i prestiżowym samochodem. Dlatego tamtejszy fleet manager zaproponował mu właśnie INFINITI Q45, na co ten przystał z ogromną radością. Najwyższy już czas, abyśmy przedstawili historię tego samochodu, opowiedzianą przez jego obecnego właściciela.

Pan Roman Dębecki wspomina: INFINITI Q45 rocznik 1994 mam od 17 lat. To prawdopodobnie pierwsze Q45, jakie trafiło do Polski i ostatnie, jakie się zachowało. Trafiło jeszcze w czasach gdy lwia większość Polaków marki nie znała. Na liczniku ma 100 tys. mil, wygląda jak nowe. Jest bezwypadkowe, regularnie serwisowane, ale tylko podczas przeglądów okresowych, bo jak dotąd nie wystąpiła żadna konieczność naprawy. Nie, no oczywiście, akumulator nie może już być oryginalny. Za 2 lata, gdy auto skończy lat 25 będzie pełnoprawnym oldtimerem, dostanie żółte tablice.

Moje Q45 jest samochodem na specjalne okazje, nie używam go na co dzień. W pogodne dni, najczęściej w weekendy, zabieram je na przejażdżkę po dobrych drogach. Pod maską V-ósemka i 280 koni, ale nie jeździmy szybko, delektujemy się jazdą – ja i moje INFINITI. I słuchamy ukochanych Queenów z niezapomnianym Freddiem Mercurym.

Samochód to pięć metrów prawdziwego luksusu. Q45 było pierwszym modelem INFINITI, a firma by podbić nim Stany, musiała konkurować z Lincolnami, Cadillacami, a także z Lexusem LS 400. Kiedy zatem w latach dziewięćdziesiątych Nissan tworzył swoją luksusową markę, dał konstruktorom jedną wskazówkę: „Ma być na bogato.”

Na bogato

Auto tworzyli styliści, a nie księgowi, którzy mają zwyczaj oszczędzania na wszystkim. W Q45 jest więc prawdziwa skóra na siedzeniach i najwyższej jakości materiały wykończeniowe w kabinie. Pod maską cichutko pracuje silnik V8 o mocy 280 KM. Mówię „cichutko pracuje”, bo mimo że właściwą konstrukcji dawkę decybeli emituje, to charakteryzuje go tak wysoka kultura pracy i komora jest tak wyciszona, że użycie przysłówka „cichutko” uważam za w pełni uzasadnione. W trasie Q45 płynie, silnika prawie nie słychać, do uszu jadących dochodzi jedynie szum opon i wiatru.

Napęd na tył. Skrzynia to oczywiście automat. W kabinie pełna elektryka (nawet zagłówki foteli są regulowane elektrycznie), do tego wszelkie znane wówczas układy elektroniczne – ABS, ESP, poduszki powietrzne oraz zawieszenie z regulacją wysokości.

Sprzęt Bose wysokiej jakości zamienia Q45 w salę koncertową. Przez wiele lat, gdy miałem trochę czasu, robiłem sobie przejażdżki moim INFINITI po Trasie Katowickiej. Z Warszawy do Piotrkowa jest około 100 km. Nawet gdy jechałem zgodnie z przepisami, a tak oczywiście jeździłem, policjanci bardzo lubili wziąć sobie na cel samochód, który już z daleka wyróżniał się wyglądem. Dlatego droga zajmowała około godziny, powrót – tyle samo (jeśli mnie nie zatrzymali i dłużej o aucie nie chcieli porozmawiać). Dobra okazja, aby posłuchać dwóch, czy trzech płyt Queen.

Miłość od pierwszego wejrzenia, albo nawet telefonu

Jak zostałem właścicielem INFINITI Q45?
To ciekawa i zabawna historia. Był rok 2000. Zadzwonił do mnie mój kolega Janek – wtedy bardzo ważny prezes polskiego oddziału bardzo ważnej amerykańskiej firmy.

– Będę zmieniał samochód służbowy – oznajmił kolega prezes – szkoda, żeby takie fajne auto trafiło do kogoś przypadkowego, więc pomyślałem o tobie.
– A co to za auto? – zapytałem.
– INFINITI Q45. Duże, prawdziwie amerykańskie, choć produkowane w Japonii, silnik V8, 4,5 litra pojemności, 280 koni, luksusowa limuzyna, spodoba ci się na pewno – zachęcał.

Mimo, że już wówczas zajmowałem się motoryzacją, o INFINITI Q45 miałem mgliste pojęcie.
W Polsce pojawiały się wtedy pierwsze Lexusy LS 400, amerykańskie krążowniki, ale INFINITI to była egzotyka. Zachowałem się jednak przytomnie, nie dając poznać po sobie, że nie wiem, o jakie auto chodzi.
– Wiesz – odparłem – to bardzo egzotyczna marka, do tego duży i paliwożerny silnik. Na polskim rynku to niesprzedawalne auto. Mógłbym je ewentualnie kupić, ale cena musi być bardzo atrakcyjna…
– OK. Podaj cenę, na pewno na tym dealu nie stracisz. Właśnie kupiłeś INFINITI Q45 – odparł prezes Janek.
Tak oto, w kilkanaście sekund, przez telefon, kupiłem auto, o którym nie miałem pojęcia, jak wygląda i ile kosztuje.
  – Weź samochód na tydzień, pojeździsz, zobaczysz, czy ci się podoba – dodał Janek. Jeśli nie – to oddasz.

Oczywiście, że już go nie oddałem. Następnego dnia wsiadłem do ciemnozielonego INFINITI Q45 i już po krótkiej chwili wiedziałem, że chcę mieć to auto. To po prostu była miłość od pierwszego wejrzenia. I trwa już 17 lat. Miłość towarzyszy mojemu szacownemu INFINITI także dosłownie, choćby dlatego, że dwaj bliscy przyjaciele upraszali mnie, żebym im pożyczał samochód na randki. Te prośby w pełni rozumiałem i wyjątkowo im ulegałem.

Nie jesteśmy blogiem plotkarskim i nie zamierzaliśmy nawet pytać, czy randki zaowocowały tak trwałymi związkami jak ten redaktora Romana Dębeckiego z INFINITI Q45. Jesteśmy przekonani, że ta wstrzemięźliwość jest zrozumiała i będzie nam wybaczona.


Samochody dostępne od ręki